Opublikowane w (Publicystyka) przez admin dnia 13.10.2009

8158074501578518 W ostatnich latach następuje w Polsce i w Europie komercjalizacja kolejnych sfer życia publicznego – podporządkowanie ich prawom „wolnego rynku” i wymiany handlowej. Również na edukację zaczyna się patrzeć jako na towar, podlegający prawom rynku.

Odwraca się trend, w którym upowszechnianie się wykształcenia było warunkiem i wyznacznikiem rozwoju cywilizacji. W nowym modelu społecznym, wiedza nie jest już wartością samą w sobie, którą trzeba rozwijać i popularyzować w imię osiągania coraz bardziej światłego społeczeństwa odpowiedzialnych, rozumiejących otaczającą ich rzeczywistość obywateli. Jest towarem, a jej przekazywanie — usługą, którą uczelnia świadczy na podobnych zasadach, co przedsiębiorstwo. Jest formą „kapitału intelektualnego”, mającego służyć przede wszystkim pomnażaniu pieniędzy — student ma przede wszystkim dążyć do zdobycia dyplomu, który poprawi jego CV i poświadczy jego umiejętności wobec przyszłego pracodawcy. Ignoruje się to, jak ważnym czynnikiem w kształtowaniu tożsamości i sposobu myślenia jednostki jest jej wykształcenie, zamiast tego uznając je za nic więcej, jak tylko przepustkę do lepszej pozycji i wyższych zarobków.

Jednym z podstawowych środków komercjalizacji szkolnictwa wyższego jest proces boloński, zapoczątkowany podpisaniem deklaracji bolońskiej w 1999 r., który ma na celu stworzenie jednolitych standardów edukacji w Unii Europejskiej. Jest to oczywiście potrzebne, ale obok praktycznych rozwiązań, dostosowujących edukację do potrzeb XXI w. i zapewniających niezbędną elastyczność, takich jak system „3+2”, proces boloński forsuje też ukrytą komercjalizację studiów. Akcentując „konkurencyjność”, prowadzi do nadmiernego wpływu sektora prywatnego na programy studiów, zmniejsza mechanizmy demokratycznej kontroli nad uczelniami i wymusza cięcia kosztów, odbijające się na sytuacji materialnej studiujących i jakości edukacji. Co więcej, przez system ECTS na niektórych kierunkach pojawia się przeciążenie niemożliwą do przyswojenia ilością materiału, co ostatecznie wpływa ujemnie na poziom nauczania.

W Polsce polityka edukacyjna jest stopniowo przystosowywana do tego trendu, co zaowocowała już licznymi zjawiskami, które uderzają tak w nas, społeczność studencką i akademicką, jak i pośrednio w dobro całego społeczeństwa. Nie naprawia się natomiast najbardziej palących z istniejących problemów.

Przede wszystkim po raz pierwszy od kilku pokoleń bariery ekonomiczne i społeczne dla dostępu do studiów wyższych rosną, zamiast maleć. Art. 70 Konstytucji RP mówi, że „Władze publiczne zapewniają obywatelom powszechny i równy dostęp do wykształcenia”, lecz niestety pozostaje to w dużej mierze pustym frazesem. Aby dostęp do wykształcenia był faktycznie powszechny i równy, musi ono być finansowane przez państwo — w innym razie wielu osób po prostu nie stać na studia. Jednak na studiach dziennych na publicznych uczelniach studiuje mniej niż połowa studentów i studentek w Polsce. Pozostali studiują zaocznie, wieczorowo lub na prywatnych uczelniach i muszą płacić — często bardzo wysokie — najłatwiej mogą pozwolić sobie na studia dzienne, ponieważ mogą utrzymać się bez konieczności pracy na pełen etat.

Oprócz pokrycia kosztów czesnego dla mniejszości studiujących, wsparcie dla nas, uczących się, ze strony państwa jest na minimalnym poziomie, a co więcej — jest ograniczane. Sytuacja materialna studentek i studentów jest często trudna. Stypendia naukowe i socjalne są obniżane, miejsc w akademikach wiecznie brakuje i znikają nawet wszechobecne niegdyś tanie stołówki na uniwersyteckich kampusach. Większość uczących się w Polsce łączy studia z pracą zawodową, co na bardziej wymagających kierunkach oznacza przepracowanie i brak wolnego czasu. Traci na tym też życie akademickie i naukowe jako całość — zabieganie studentów prowadzi do stopniowego zamierania działalności pozanaukowej i życia kulturalnego na uczelniach.

Zamiast poszerzania dostępu do wysokiej jakości edukacji na państwowych uczelniach, wyrastają jak grzyby po deszczu prywatne szkoły wyższe. Z nielicznymi chlubnymi wyjątkami, niepubliczne uczelnie prezentują poziom znacznie odbiegający od standardów uniwersyteckich — w publikowanych przez prasę rankingach tylko kilka z nich w ogóle się liczy — ale każą sobie słono płacić. Prywatne szkoły wyższe, nastawione na zysk, chcą jak najszybciej „przepchnąć” studenta przez system i wziąć za to pieniądze, przez co pozostawiają swoich absolwentów na słabszej pozycji, z dyplomem postrzeganym przez pracodawców jako niepełnowartościowy. Równie problematyczne są w gruncie rzeczy te z niepublicznych szkół wyższych, które prezentują wysoki poziom, ponieważ proporcjonalnie wyższe jest w nich czesne — tak więc dostęp do dobrego wykształcenia jest, raz jeszcze, uzależniony od grubości portfela.

Polskie szkolnictwo wyższe cierpi też na daleko idący deficyt demokracji. To również mieści się w logice komercyjnej edukacji — student czy studentka, jako klient firmy Uniwersytet, nie potrzebuje obywatelskiego udziału w życiu uczelni, zamiast tego może wybierać z „oferty rynkowej”. Istnieją samorządy i parlamenty studenckie, ale są to najczęściej ciała właściwie fasadowe. Nie spełniają podstawowego warunku istnienia prawdziwej demokracji, jakim jest przejrzystość procesów. Mamy prawo wybierać swoich przedstawicieli, ale przed wyborami do samorządów przeważnie nie toczy się żadna kampania, a na wielu uczelniach nawet same wybory nie są szczególnie publicznie ogłaszane, wskutek czego frekwencja jest zazwyczaj żałośnie niska. Większość studentek i studentów w związku z tym po prostu ignoruje samorząd, pozostawiając władzę zamkniętym koteriom, oderwanym od codziennego życia społeczności akademickiej. Podobnym, niskim poziomem legitymizacji cieszy się Parlament Studentów RP, składający się z przedstawicieli samorządów.

Na całym świecie studenci i studentki protestują przeciwko niekorzystnym dla siebie zmianom, domagają się upowszechniania edukacji jako prawa człowieka i często odnoszą sukcesy. W Hiszpanii czy Chorwacji okupacje uniwersytetów powstrzymują prywatyzację, a w Niemczech, Wielkiej Brytanii i USA odbywają się masowe demonstracje przeciwko wprowadzaniu czy podwyższaniu opłat. W Polsce również musimy wziąć sprawy w swoje ręce.

System szkolnictwa wyższego jest przede wszystkim dla nas i mamy wszyscy wspólne interesy — dzienni i zaoczni, „publiczni” i „prywatni”, przyszli naukowcy, humaniści i inżynierowie — i jedynym sposobem, aby o nie walczyć jest zorganizowanie się na bazie demokratycznego zrzeszenia studenckiego, w którym każdy student i każda studentka będą wspólnie decydowali o swoich sprawach. I właśnie taką organizację postanowiliśmy powołać – Demokratyczne Zrzeszenie Studenckie.

DZS jest demokratyczną organizacją studencką, zrzeszającą studentów uczelni wyższych, zorganizowaną w rady uczelniane. Jako jedyne polskie zrzeszenie studenckie chcemy realnie walczyć o naukowe, materialne i społeczne interesy społeczności studenckiej. Dzięki radykalnie demokratycznej i oddolnej formie organizacji, w której nie ma przewodniczących ani prezesów, wszystkie ciała są kolektywne i wszystkich przedstawicieli można w dowolnym momencie odwołać, zapewniamy, że DZS zajmuje się prawdziwymi problemami swoich członków, a nie karierą swoich liderów. Dzięki studenckiej samoorganizacji możemy wspólnie wywierać nacisk na władze uczelni, rząd i samorządy aby realizować nasz program i walczyć z nadużyciami i łamaniem praw studenckich.

Działaj z nami — wstąp do rady uczelnianej DZS lub załóż ją na swojej uczelni!


Krzysztof Adamski

(Uniwersytet Gdański)


4 Komentarzy do "Demokratyczne Zrzeszenie Studenckie"
Mateusz dnia 14.10.2009 o 3:28 pm #

Popieram!!!

agrest dnia 14.10.2009 o 5:43 pm #

bardzo fajna incjatywa;)

ex dnia 17.10.2009 o 11:55 am #

świetna inicjatywa, choć dla mnie już za późno:(

! dnia 04.11.2009 o 12:23 pm #

Bardzo potrzebne działanie. Studenckie środowisko jest w kompletnym marazmie i nic soba nie reprezentuje.

Skomentuj
Nazwa: 
Email: 
URL: 
Komentarz: